Tak (niezbyt zgrabnie ale dosłownie) można przetłumaczyć tytuł książki, o której chciałem dziś dwa słowa napisać.
Książka objętościowo jest dość niepozorna, to jedyne 64 strony. Są to jednak strony esencjonalne i nasycone wiedzą, poradami i informacjami praktycznymi, do tego bogato ilustrowane. Innymi słowy: potwornie dużo wszystkiego. Do tego wywody są klarowne, jasne, po ludzku normalne :)
Autor, Zhao Ziping, pokazuje krok po kroku, w jaki sposób wyciąć chińskie znaki, liczne symbole, zwierzęce i roślinne, instruuje wręcz krok po kroku (naprawdę!), które cięcie po którym trzeba wykonać. To naprawdę pomocne i wynikające z wieloletniej praktyki uwagi.
Można nawet korzystając z uwag Zipinga nauczyć się wycinać odręcznie koło (o!).
Dwa słowa o autorze: Zhao Ziping rozpoczął studia w Shanghai Arts & Crafts Research Institute w 1962 roku, obecnie jako laureat nagrody Master of Arts & Crafts pracuje tam artystycznie. Potrafi swoje wycinanki improwizować bez wcześniejszego szkicu. Rozwinął specyficzną technikę wycinanki yin yang:
Zwracam się z uprzejmą prośbą o niekomentowanie jakości zdjęć ;)
Koncepcja wycinanki yin yang jest tak oczywista, że chyba nie trzeba jej tłumaczyć, widać wszystko nawet na tych nienajlepszych zdjęciach. Jest również inspirująca - dowodem tego może być wczorajszy wpis i fotografie. Dla przypomnienia:
Książkę można kupić na amazonie, może być interesująca nie tylko dla fascynatów sztuki chińskiej, również dla laików potrzebujących pokazania palcem "o, teraz tu a później tam". Na stronie amazona zresztą można podejrzeć kilkanaście stron książki. Polecam uwadze.
sobota, 13 kwietnia 2013
Inspiracje
Chcę zacząć pisać o inspiracjach do pracy. Kupuję mnóstwo książek poświęconych sztuce cięcia/wygnania/zgniatania papieru. Niestety, żadna z nich nie jest po polsku, nie sposób kupić tych książek w polskich księgarniach (o tym chcę przygotować osobny wpis). Kupuję je podczas moich licznych podróży z Teatrem Figur Kraków (zdobycze pochodzą z Tajwanu, Chin i USA) oraz podróży osobistych (tu należy zaznaczyć paryską zdobycz, "Kopciuszka", o którym jeszcze kiedyś napiszę bo zasłużył na osobną opowieść).
O pierwszej książce napiszę jutro. Będzie to wydawnictwo, o którym dowiedziałem się bardzo niedawno i przypadkiem - ale okazała się sensowną inspiracją.
Owoc inspiracji - poniżej podczas powstawania i efekt końcowy. O książce - dziś tylko później.
Macie jakiś pomysł na źródło inspiracji albo chociaż na słowo-klucz?
O pierwszej książce napiszę jutro. Będzie to wydawnictwo, o którym dowiedziałem się bardzo niedawno i przypadkiem - ale okazała się sensowną inspiracją.
Owoc inspiracji - poniżej podczas powstawania i efekt końcowy. O książce - dziś tylko później.
Macie jakiś pomysł na źródło inspiracji albo chociaż na słowo-klucz?
czwartek, 11 kwietnia 2013
Świeczniki
W zasadzie tytuł tego wpisu powinien zawierać również słowo recycling. Recykling jako pomysł na zdobywanie materiałów do pracy - a przynajmniej do pracy koncepcyjnej i projektowej. tu miało być zdjęcie
Innymi słowy: naciąłem i nagniotłem ostatnimi czasy całe mnóstwo papieru. Wydaje mi się, że takie spore zużycie materiału występuje zawsze wtedy, gdy ktoś bierze się za coś, czego nie sposób w stu procentach zaplanować, przy okazji czego popełnia się pomyłki i błędy. Gdybym używał do tego wyłącznie papieru "nowego", nietkniętego - byłoby to spore marnotrawstwo. Nie ukrywam, że większość papieru, który przechodzi przez moje ręce wyrzucam - mylę się, źle tnę, źle dobieram rozmiar, nie takie proporcje itp. Recykling w tym konkretnym wypadku oznaczał często wydobywanie z biurowych śmietników źle zadrukowanych kartek, często też kartek w jakiś sposób zagniecionych i nie_do_oficjalnego_użycia, kartek zadrukowanych, których czas użycia się skończył, ulotek, kawałków tektury, niepotrzebnych opakowań itp.
Po co ten cały wstęp? Otóż: w wielu tych pracach widać "przebitki" czegoś spod spodu: tekstu, tabelki, grafiki. Nie tłumacząc się szczególnie oznajmiam po prostu, że do produkcji prototypów (a większość prac zamieszczonych na tym blogu to prototypy) używam papieru, któremu daję dzięki temu drugie życie. Popieram recykling, wykorzystuję jego ideę, sam recyklinguję. Efekty są widoczne. O.
A teraz - świeczniki.
Zdjęcia, które zamieszczam poniżej, to świeczniki (prototypy świeczników, jeśli trzymać się tego, co napisałem wcześniej) wykonane z jednej tylko kartki A4, trochę powyginanej, trochę pociętej - ale wciąż jednej. Sfotografowane aparatem ustawionym na tryb "przy świecach" więc chyba piękniejsze być nie mogą - w każdym razie ja piękniej ich sfotografować nie umiem.
Świecznik numer jeden.
W zwykłym świetle wygląda przeciętnie, może nawet i źle:
W ciemnościach natomiast:
Nadruki, które widać, to "marszruta" z pierwszej podróży Teatru Figur Kraków na Tajwan (sierpień 2011) czyli trasa lotów, numery samolotów, lotniska przesiadkowe i takie tam. Kartka-podróżniczka (Kraków-Warszawa-Helsinki-Hong Kong-Tajpej-Kaohsiung i z powrotem).
Z innych punktów widzenia:
Wewnątrz jest tylko jeden tealight.
Projekt numer dwa jest bardziej skomplikowany (ale tylko odrobinkę) i w świetle wygląda tak:
Ciemności zdecydowanie świecznikowi służą:
Więcej świeczników - coming soon ;)
Innymi słowy: naciąłem i nagniotłem ostatnimi czasy całe mnóstwo papieru. Wydaje mi się, że takie spore zużycie materiału występuje zawsze wtedy, gdy ktoś bierze się za coś, czego nie sposób w stu procentach zaplanować, przy okazji czego popełnia się pomyłki i błędy. Gdybym używał do tego wyłącznie papieru "nowego", nietkniętego - byłoby to spore marnotrawstwo. Nie ukrywam, że większość papieru, który przechodzi przez moje ręce wyrzucam - mylę się, źle tnę, źle dobieram rozmiar, nie takie proporcje itp. Recykling w tym konkretnym wypadku oznaczał często wydobywanie z biurowych śmietników źle zadrukowanych kartek, często też kartek w jakiś sposób zagniecionych i nie_do_oficjalnego_użycia, kartek zadrukowanych, których czas użycia się skończył, ulotek, kawałków tektury, niepotrzebnych opakowań itp.
Po co ten cały wstęp? Otóż: w wielu tych pracach widać "przebitki" czegoś spod spodu: tekstu, tabelki, grafiki. Nie tłumacząc się szczególnie oznajmiam po prostu, że do produkcji prototypów (a większość prac zamieszczonych na tym blogu to prototypy) używam papieru, któremu daję dzięki temu drugie życie. Popieram recykling, wykorzystuję jego ideę, sam recyklinguję. Efekty są widoczne. O.
A teraz - świeczniki.
Zdjęcia, które zamieszczam poniżej, to świeczniki (prototypy świeczników, jeśli trzymać się tego, co napisałem wcześniej) wykonane z jednej tylko kartki A4, trochę powyginanej, trochę pociętej - ale wciąż jednej. Sfotografowane aparatem ustawionym na tryb "przy świecach" więc chyba piękniejsze być nie mogą - w każdym razie ja piękniej ich sfotografować nie umiem.
Świecznik numer jeden.
W zwykłym świetle wygląda przeciętnie, może nawet i źle:
W ciemnościach natomiast:
Nadruki, które widać, to "marszruta" z pierwszej podróży Teatru Figur Kraków na Tajwan (sierpień 2011) czyli trasa lotów, numery samolotów, lotniska przesiadkowe i takie tam. Kartka-podróżniczka (Kraków-Warszawa-Helsinki-Hong Kong-Tajpej-Kaohsiung i z powrotem).
Z innych punktów widzenia:
Wewnątrz jest tylko jeden tealight.
Projekt numer dwa jest bardziej skomplikowany (ale tylko odrobinkę) i w świetle wygląda tak:
Ciemności zdecydowanie świecznikowi służą:
Więcej świeczników - coming soon ;)
środa, 10 kwietnia 2013
Za kulisami.
Pora na odsłonięcie kulis. Mam nadzieję, że - mimo amatorskiej jakości zdjęć - podpatrzenie procesu pracy będzie to dla Was tak samo interesujące, jak zwykle bywa dla mnie.
Tak, to co widzicie po lewej to krem do rąk. Mam suchą skórę :]
Zaczynam od przecięcia kartki A4 na cztery części, rzadziej - na dwie.
Oczywiście należy ułatwiać sobie życie, więc przecinam kartkę wzdłuż wyznaczonych wcześniej zgięć. Ewentualne niedociągnięcia i niedoróbki na krawędziach (będzie je za chwilę widać na kolejnych zdjęciach) można wygładzić sobie później lub zostawić. Ja zwykle zostawiam. To takie świadectwo "odręczności", niepowtarzalności każdego egzemplarza.

Efekt ostateczny wygląda tak:
Na zdjęciu ćwiartka kartki A4.
Nożyk i ołówek (oraz ewentualnie nożyczki, maleńkie, do skórek) to wszystko, czego będziemy dalej potrzebować.
Kolejny krok - to moje wspomnienie z dzieciństwa i w zasadzie zastanawiam się, czy sprzedawać je publicznie ;) Otóż: gdy byłem nieco młodszy niż teraz, bawiłem się w rysowanie. Nie, nie, nigdy nie potrafiłem rysować, wiadomo wszak. Za to stawiałem nie patrząc, z zamkniętymi oczami, kilka kresek na kartce. Dlatego nazywam to "zabawą w rysowanie". Kreski były krzywe, proste, falowane, wszystko jedno. Rysowałem je nie starając się ich umieścić w konkretnym miejscu kartki, zdając się na ślepy (nomen omen!) los.
Z powstałej plątaniny kresek łowiłem zarysy konkretnych kształtów. Zazwyczaj były to twarze lub obiekty twarzopodobne. Często niekompletne (brakowało np. górnej części czaszki czy innych istotnych elementów), zawsze wymagające doprecyzowania. Precyzowałem pogrubiając konkretne linie, dodając jakieś brakujące fragmenty aż do uzyskania big picture.
Dorósłszy (co to za słowo...) przedłużam tę przygodę nieco i poszerzam. Wciąż jednak rzecz zaczyna się od bazgrołów. Gdy już się wyżyję, odwracam kartkę o 360 stopni i sprawdzam, z której strony plątanina kresek przypomina mi cokolwiek. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się czegoś nie znaleźć na takim rysunku.

Czasem już w trakcie oglądania wyłania się pomysł na pracę, którą będzie można oglądać z dołu i z góry - ale to nie reguła.
To zazwyczaj krótki etap choć czasem wymaga nagięcia przyzwyczajeń głowy i wyrobienia "świeżego spojrzenia" na własną pracę.
W końcu udało mi się wybrać dwa punkty widzenia:
Po pogrubieniu linii widać chyba wyraźniej, co tam znalazłem:
Zwykle pomijam pogrubianie linii podczas pracy. Ten element jest w zasadzie niepotrzebny: gdy już raz dostrzeże się to w rysunku, trudno uciec od znaleziska wzrokiem. Tu zrobiłem to wyjątkowo na potrzeby fotografii i dokumentacji.
Jeśli uznaję, że rysunek wymaga drobnych uzupełnień czy korekt, również je wykonuję własnie na tym etapie. Zdarza się, że konieczność uzupełnień widać później, często na etapie nieomal gotowej pracy. To też jest piękne, to życie, nie do końca przewidywalne.
Po naniesieniu uzupełnień szkice do opracowania wyglądały następująco:
Różnice są niewielkie ale zasadnicze dla - w tym przypadku - rysunku oczu.
Wycinamy!
Nożyk, nożyczki, ostrożność - to niezbędnik wycinacza. Poza tym nic nie ogranicza wyobraźni.
Efekt pracy wygląda tak:
To, na co trzeba uważać to połączenia między poszczególnymi elementami a całością ("tłem") pracy. Żaden element nie powinien zostać całkowicie odcięty - wtedy po prostu odpadnie od gotowej pracy
Pozostaje jeszcze zadbać o datownik:
Gotowa praca prezentuje się tak:
A w ramach bonusu - tyle tylko wyciąłem z prezentowanej na początku ćwiartki strony A4:
Prawda, że proste?
Tak, to co widzicie po lewej to krem do rąk. Mam suchą skórę :]
Zaczynam od przecięcia kartki A4 na cztery części, rzadziej - na dwie.
Oczywiście należy ułatwiać sobie życie, więc przecinam kartkę wzdłuż wyznaczonych wcześniej zgięć. Ewentualne niedociągnięcia i niedoróbki na krawędziach (będzie je za chwilę widać na kolejnych zdjęciach) można wygładzić sobie później lub zostawić. Ja zwykle zostawiam. To takie świadectwo "odręczności", niepowtarzalności każdego egzemplarza.
Efekt ostateczny wygląda tak:
Na zdjęciu ćwiartka kartki A4.
Nożyk i ołówek (oraz ewentualnie nożyczki, maleńkie, do skórek) to wszystko, czego będziemy dalej potrzebować.
Kolejny krok - to moje wspomnienie z dzieciństwa i w zasadzie zastanawiam się, czy sprzedawać je publicznie ;) Otóż: gdy byłem nieco młodszy niż teraz, bawiłem się w rysowanie. Nie, nie, nigdy nie potrafiłem rysować, wiadomo wszak. Za to stawiałem nie patrząc, z zamkniętymi oczami, kilka kresek na kartce. Dlatego nazywam to "zabawą w rysowanie". Kreski były krzywe, proste, falowane, wszystko jedno. Rysowałem je nie starając się ich umieścić w konkretnym miejscu kartki, zdając się na ślepy (nomen omen!) los.
Z powstałej plątaniny kresek łowiłem zarysy konkretnych kształtów. Zazwyczaj były to twarze lub obiekty twarzopodobne. Często niekompletne (brakowało np. górnej części czaszki czy innych istotnych elementów), zawsze wymagające doprecyzowania. Precyzowałem pogrubiając konkretne linie, dodając jakieś brakujące fragmenty aż do uzyskania big picture.
Dorósłszy (co to za słowo...) przedłużam tę przygodę nieco i poszerzam. Wciąż jednak rzecz zaczyna się od bazgrołów. Gdy już się wyżyję, odwracam kartkę o 360 stopni i sprawdzam, z której strony plątanina kresek przypomina mi cokolwiek. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się czegoś nie znaleźć na takim rysunku.
Czasem już w trakcie oglądania wyłania się pomysł na pracę, którą będzie można oglądać z dołu i z góry - ale to nie reguła.
To zazwyczaj krótki etap choć czasem wymaga nagięcia przyzwyczajeń głowy i wyrobienia "świeżego spojrzenia" na własną pracę.
W końcu udało mi się wybrać dwa punkty widzenia:
Po pogrubieniu linii widać chyba wyraźniej, co tam znalazłem:
Zwykle pomijam pogrubianie linii podczas pracy. Ten element jest w zasadzie niepotrzebny: gdy już raz dostrzeże się to w rysunku, trudno uciec od znaleziska wzrokiem. Tu zrobiłem to wyjątkowo na potrzeby fotografii i dokumentacji.
Jeśli uznaję, że rysunek wymaga drobnych uzupełnień czy korekt, również je wykonuję własnie na tym etapie. Zdarza się, że konieczność uzupełnień widać później, często na etapie nieomal gotowej pracy. To też jest piękne, to życie, nie do końca przewidywalne.
Po naniesieniu uzupełnień szkice do opracowania wyglądały następująco:
Różnice są niewielkie ale zasadnicze dla - w tym przypadku - rysunku oczu.
Wycinamy!
Nożyk, nożyczki, ostrożność - to niezbędnik wycinacza. Poza tym nic nie ogranicza wyobraźni.
Efekt pracy wygląda tak:
To, na co trzeba uważać to połączenia między poszczególnymi elementami a całością ("tłem") pracy. Żaden element nie powinien zostać całkowicie odcięty - wtedy po prostu odpadnie od gotowej pracy
Pozostaje jeszcze zadbać o datownik:
Gotowa praca prezentuje się tak:
A w ramach bonusu - tyle tylko wyciąłem z prezentowanej na początku ćwiartki strony A4:
Prawda, że proste?
wtorek, 9 kwietnia 2013
Marcowe ostatki.
Zestaw z 2 marca. Póki co ostatni. Maleńki, dwie wycinanki zaledwie.
Tu znowu krzycząca gęba. Podoba mi się wycięty jedną kreską "zestaw laryngologiczny", oko, nos i usta. I język prawie też.
Przy takich ustawieniach niestety prace się robią bardzo delikatne. Duże kawałki papieru wiszą na niewielkich elementach spajających całość (rzecz w tym oczywiście, by cała wycinanka była w jednym kawałku).
Obcy z obcej planety, niewątpliwie. Wystarczy jednak zrobić mu wywrotkę i ustawić do góry by otrzymać...
Ślepą i potencjalnie piękną niewiastę :)
Następny wpis - prezentacja od kulis.
Tu znowu krzycząca gęba. Podoba mi się wycięty jedną kreską "zestaw laryngologiczny", oko, nos i usta. I język prawie też.
Przy takich ustawieniach niestety prace się robią bardzo delikatne. Duże kawałki papieru wiszą na niewielkich elementach spajających całość (rzecz w tym oczywiście, by cała wycinanka była w jednym kawałku).
Obcy z obcej planety, niewątpliwie. Wystarczy jednak zrobić mu wywrotkę i ustawić do góry by otrzymać...
Ślepą i potencjalnie piękną niewiastę :)
Następny wpis - prezentacja od kulis.
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Wiszą na ścianach
Na ścianach, drzwiach i na okiennicach wiszą różne drobiazgi. To "chwilówki", rzeczy, które wychodzą spod moich palców jako wprawki, próbowanie pomysłów i takie tam. Nie wszystkie zdążyłem sfotografować, część, już zużytą, wyrzuciłem. Ale to, co wisi obecnie lub wisiało w nieodległej przeszłości i w przypływie przytomności sfotografowałem, wrzucam hurtem tutaj.
To drobiazg w technice pop-up, idealnie się nadaje do umieszczenia w narożniku ściany, więc umieściłem tamże :)
Kolejny pop-up, wisi na ścianie i na lustrze jednocześnie, cholernie trudny do sfotografowania. I prawdę mówiąc - chyba już nadszedł jego czas, pora umierać. Lubię te jego zgięcia i paseczki, ale też nie będzie trudno zrobić podobny, może tym razem z jakiegoś kolorowego papieru?
Te dwa drobiazgi powstały z potrzeby zajęcia czymś rąk. Zielona "kokarda" umieszczona na ramie lustra (z prawej) w zasadzie mi się nie podoba ale skoro wisi, niech jeszcze powisi. Falbankowej konstrukcji koło z kolei (po lewej) podoba mi się bardzo, akceptuję nawet to, że powstało ze strony gazetowej, stąd przypadkowa kolorystyka.
Ten "obiekt", żywcem przekopiowany z jednego z podręczników dyi wisiał nad oknem. Już nie wisi.
Za to do teraz wisi na drzwiach od łazienki "muszka" ze zgniatanego papieru. Już nawet nie tyle wisi ile raczej smętnie dynda, nie umiem jednak się z nią rozstać.
To drobiazg w technice pop-up, idealnie się nadaje do umieszczenia w narożniku ściany, więc umieściłem tamże :)
Kolejny pop-up, wisi na ścianie i na lustrze jednocześnie, cholernie trudny do sfotografowania. I prawdę mówiąc - chyba już nadszedł jego czas, pora umierać. Lubię te jego zgięcia i paseczki, ale też nie będzie trudno zrobić podobny, może tym razem z jakiegoś kolorowego papieru?
Te dwa drobiazgi powstały z potrzeby zajęcia czymś rąk. Zielona "kokarda" umieszczona na ramie lustra (z prawej) w zasadzie mi się nie podoba ale skoro wisi, niech jeszcze powisi. Falbankowej konstrukcji koło z kolei (po lewej) podoba mi się bardzo, akceptuję nawet to, że powstało ze strony gazetowej, stąd przypadkowa kolorystyka.
Ten "obiekt", żywcem przekopiowany z jednego z podręczników dyi wisiał nad oknem. Już nie wisi.
Za to do teraz wisi na drzwiach od łazienki "muszka" ze zgniatanego papieru. Już nawet nie tyle wisi ile raczej smętnie dynda, nie umiem jednak się z nią rozstać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

.jpg)